poniedziałek, 26 września 2011

10.09.2011 Shanghai i powrót do domu

Dziś jest ten dzień, kiedy wracamy. Ja jestem smutna, ale sa też tacy, którzy odliczają godziny do śniadania w domu i świeżej bagietki... ;)
Zostało nam jednak jeszcze sporo czasu, bo pociąg dojeżdża do Shanghaju o 8:15 a samolot mamy o 2coś. Bagaże zostawiamy w dworcowej przechowalni. Tym razem jednak nie poszło nam tak łatwo. W pierwszym okienku, gdzie oddaliśmy torby pani nam powiedziała 90Rmb. Oczy nam wyszły z orbit i poprosiliśmy o weryfikacje kwoty. Była twarda. Poszłam do okienka obok a ta przylatuje za mną i coś nadaje kobicie za ladą. Dla formalności odwiedziłam jeszcze jedno okienko, ale juz wszyscy wiedzieli ile mi mają powiedzieć. Źli chcieliśmy odebrać swoje bagaże i to tez okazało się problemem. Pani nadawała jak radio WE, po chińsku oczywiście, pokrzykując co jakiś czas. Cena spadła do 60, ale juz nie chcieliśmy z babą gadać.
Przeszliśmy kilkadziesiąt metrów dalej i po dłuższych negocjacjach udało nam się zostawić bagaż płacąc 50Rmb (gdybym miała skośne oczy zapłaciłabym 30Rmb).
Metrem jedziemy na stację circus. Po cichu liczę na to, że uda nam się kupić bilety na występy akrobatów grupy ERA. Udaje się! Jeden bilet kosztował nas 280Rmb i conas zaskoczyło - za dziecko 100%. Do tej pory nasze dziecko (zazwyczaj każde do 120cm) nie było liczone wcale. Trudno, co robić. Przedstawienie zaczyna się o 19:30, więc mamy jeszcze trochę wolnego.
Idziemy do parku obok. Znajdujemy tu kilka atrakcji takich, jak w wesołym miasteczku. Matylka jest przeszczęśliwa! Szkoda tylko, że jest mokro i pochmurno. Chyba nawet Shanghaj smuci się, że wyjeżdzamy ;).




Idziemy przed siebie. Zaczyna kropić, więc jest pretekst, żeby wejść do jakiegoś marketu (który miał być bardzo blisko zgodnie z mapą na iPadzie, wrrr).
Wchodzimy do chińskiego fast foodu. Bierzemy soję w słodkim sosie sojowym, smażone pierożki, słodką świnkę, grzyby i ryż z warzywami (to ostatnie okropne). Najedzeni ruszamy dalej.


Czas mija, kilometry uciekają spod nóg. Na którymś skrzyżowaniu mijamy chłopaka w piżamie (to akurat nie jest oryginalny widok), który trzyma w ręku cewnik a spod piżamy wystają rurki. No już widzę taką akcję na Wołoskiej ;)




Znowu centrum, tysiące ludzi, czas ucieka jeszcze jakieś drobne zakupki. W bocznej uliczce kupujemy pierożki z zupą w środku i pampuchy z warzywami. Pyszka i idealna przekąska na dzisiejsze przedstawienie.
Wracamy na stację circus. Po wyjściu z metra musimy tylko przejść na drugą stronę ulicy. Taka prosta rzecz a zajmuje tyle czasu, kiedy po drodze mamy taką atrakcję. Na skrzyżowaniu zebrała się spora grupa kobiet, które tańczyły przy muzyce z magnetofonu. Matylka potrzebowała krótkiej chwili, żeby zacząć naśladować ich kroki. Żal nam było odchodzić, ale przedstawienie nie będzie czekać.
Wchodzimy, światła już zgaszone. Zaczyna się...
Niby mogę napisać co tam widzieliśmy, ale nie wiem czy jest sens. Żadne słowa nie oddadzą emocji a tych było bez liku. No dobra... Były dziewczynki, które poruszały się jak węże, był facet, który żąglował wazami (jedna z nich miała z 60-70cm wysokości i tyle samo średnicy), była para pięknych ludzi tańczących na szarfach (tu aż mi łzy popłynęły), były trapezy, skoki przez obręcze i jeszcze wiele innych atrakcji a na koniec motocykliści. Sześciu czy ośmiu chłopaków na motorach zamknietych w kuli o średnicy 4-5m. Brzmi średnio? To teraz wyobraźcie sobie, że jeżdzą w dwóch kierunkach wewnątrz kuli. Za chwilę w trzech, czterech a potem jeżdzą wydaje się, że chaotycznie, ale przy zgaszonych światłach na sali światła motorów (obrys każdego motoru podkreślony diodami) pojawiają sie w pewnym rytmie, bardzo, bardzo szybkim. Nie mogłam nie krzyczeć, bo co chwilę miałam pewność, że zaraz sie coś stanie.Ten występ to była kropka nad "i'. Wszystko od strony technicznej sceny (dziesiątki zapadni, świateł, laserów) poprzez kostiumy i scenografię (żadnego aksamitu i złota, codzienne, współczesne stroje, obraz z projektora na ścianach) aż do pomysłu i wykonania było perfekcyjne! Para na szarfach, towarzystwo na odskoczniach wykonywali swoje układy bez zabezpieczeń! Do tego orkiestra na żywo i śpiew na żywo! Współczesne, dynamiczne rytmy cudownie podkreślające to, co dzieje się na scenie. Kupując bilet byłam zła, że płacę za Matylkę, bo przecież co ten maluch zobaczy, ale widziała wszystko, bo tak duża była różnica wysokości między rzędami. Do tego co chwila łapała mnie za kolano czy rękę pytając czy widzę to, czy tamto. Ciężko jej było usiedzieć na miejscu tylko dla tego, że była tak podekscytowana. To były chyba najlepiej wydane pieniądze podczas tej wyprawy. No, może w drugiej kolejności, bo góry tez dały nam wiele niezapomianych przeżyć.



Wracaliśmy po bagaże mocno nakręceni. Objuczeni jak wielbłady idziemy na metro. Czeka nas długa jazda na lotnisko. To znaczy myśleliśmy, że będzie długa, ale okazało się, że o tej godzinie metro dojeżdża tylko do pewnego miejsca a dalej trzeba radzić sobie samemu. Hmmm... Na przedostatniej stacji zaczepił nas chłopak, który oferował transport na lotnisko. Dumaliśmy przez całą drogę do wyjścia z metra a w tym czasie cena spadała. Dobiliśmy targu - 60Rmb i jedziemy zostawiając za sobą kilkunastu innych sprzedawców oferujących swoje usługi. Po przejechaniu jakiegoś kilometra nasz kierowca się zatrzymuje, potem wyłacza silnik. U nas konsternacja. w końcu pytam o co chodzi, a ten mi daje do zrozumienia, że czekamy na kolejnych pasażerów, bo dla niego to za mało na taki kurs. Troszkę się zezłościłam, bo mimo, że mieliśmy jeszcze duży zapas do odlotu, to nie chciałam tego czasu spędzić czekając na kogoś. Dodaliśmy 20Rmb i pojechaliśmy. Jakieś dwadzieścia minut nerwów, b oto znowu był prywatny transport. Ale udało się i dostaliśmy się na lotnisko jako pierwsi, jeszcze 3 godziny do odlotu. Teraz tylko przepakować się trzeba i odprawić. To pestka!
Odprawialiśmy się jako ostatni. Serio. Nikogo już za nami nie było. Inna rzecz, ze udało nam się przemyć, przebrać i przepakować. Wyszło 43kg + podręczny. Przylecieliśmy tu mając 13+10kg. Sama jestem ciekawa co to tyle waży ;)
Start pamiętam a potem juz nic, no może tylko turbulencje, bo były trochę silniejsze niż zwykle. Przesiadka w Moskwie i po dwóch godzinach jesteśmy w Warszawie. Słonko tu na nas czekało i osobisty kierowca ;)

czwartek, 22 września 2011

09.09.2011 ostatni dzień w Pekinie

Dziś nocnym pociągiem wracamy do Shanghaju. Mamy więc trochę czasu na spakowanie się i spacer po mieście. Bagaże zostawiamy w hotelu a sami idziemy poszwędać się po hutongach. Miło popatrzeć na budyneczki wzdłuż głównej ulicy, ale szybko się one nudzą, bo dziś w każdym z nich jest sklep. Odbiliśmy i chodziliśmy uliczkami, gdzie normalnie toczy się życie. Nie są to obrazki znane z chińskich filmów (czy raczej baśni). Na dzień dzisiejszy większość z tych domów jest przebudowana, i tylko drobne szczegóły architektoniczne świadczą o tym jak mogło to wyglądać kiedyś. Jest też sporo plomb z lat 70-80 (koszmarki) i niestety gruzowiska. Przechodzimy obok kolejnej szkoły. Przed każdą z nich grzecznie czekają rodzice (na stojąco albo w kucki ;) ) w środku stoi ochroniarz. Matyśka słysząc dziecięce głosy najchętniej weszłaby do środka, ale jakoś nie mamy odwagi. Zaglądaliśmy za to do środka każdego domu, jeżeli tylko otwarte były drzwi. Te zewnętrzne prowadziły zazwyczaj na podwórko lub do sieni, dopiero kolejne były wejściem do mieszkania. Trochę byliśmy zszokowani tym, że każde podwórko czy sień były tak... zagracone, brudne. Brak miejsca do życia to jedno, ale mieliśmy wrażenie, ze im się zwyczajnie nie chce zadbać o powierzchnię, którą dysponują. Wiele osób wykorzystuje każdy centymetr tworząc mikro ogródki, takie skupiska doniczek zamknięte w metalowej klatce. Nie widzieliśmy jednak ani jednej sieni, która byłaby w miarę zagospodarowana. Wiem, ciemna klitka to nie jest idealne miejsce do rozwoju roślin, ale przecież może być wizytówką domu, miłym wstępem.



Po drodze spotkaliśmy panią, która robiła ozdoby z karmelu. Coś nas podkusiło i kupiliśmy Matylce jedną. Zaczęła ją jeść i wtedy na naszej drodze stanął jakiś żul, który gestykulując próbował nam coś wytłumaczyć. Wreszcie do nas dotarło, że mamy zabrać dziecku słodyczko, bo tylko zaszkodzić jej może. Przeszło mi to przez myśl kiedy patrzyłam jak pani wdmuchuje powietrze do tego koguciaka, ale dopiero reakcja tego pana mnie obudziła. Wytłumaczyłam Młodej co i jak i nie było problemu z wyrzuceniem.


Na wyjściu trafiliśmy też na fantastyczną jadłodajnie.
Cały czas bawią mnie reakcje sprzedawców/kucharzy, którzy patrząc jak pakujemy się do środka są totalnie zdziwieni. Ich wzrok wyraźnie pyta, czy widzimy jak wygląda to miejsce? czy jesteśmy pewni, że chcemy tu jeść?  Ojjj tak! Nie rozczarowaliśmy się. Dwa koszyki z pysznymi pierożkami i zupa kosztowały nas 16Rmb. A skoro juz jestem przy koszykach to czy wspominałam już, że w ramach kupowania pamiątek zanabyłam taki bambusowy parownik (a nawet dwa, bo stawia się to jedno na drugim)?  No więc kupiłam. Do tego dwa wałki 50 i 65cm długości, bo ich u nas namierzyć nie mogłam. I jeszcze wykrawaczki. No, czyli takie typowe wakacyjne zakupy ;)
Kolejny etap powinnam przemilczeć, bo to przecież nic ciekawego. Taki sklep z jedwabnymi ciuchami najlepszych marek... zatraciłam się. Pomogły mi w tym ceny pięknie wywieszone nad każdym wieszakiem.
Potem jeszcze kilka sklepików. W większości sprzedawcy podawali nam prawdziwe ceny, chociaż było też sporo miejsc kiedy mnożyli przez dwa, trzy czy ileś tam. Trochę nas bawiło, kiedy widzieliśmy zachodzące w mózgu takiego sprzedawcy procesy myślowe. No musiał mieć chwilę na przemnożenie... Inna rzecz, że czasami z tego rachunku wychodziły jakieś absurdalne kwoty. Jeżeli jednak masz żółtą skórę i skośne oczy to za koszulkę bardzo dobrej jakości (znanej firmy, chociaż to nie zawsze idzie w parze ;) )  płacisz jakieś 15Rmb. Oczywiście nie mówię tu o sklepach przez duże S, czy też o normalnych sklepach, ale raczej o miejscach, gdzie trafiają "odrzuty" z produkcji.
Przyszedł czas na obiad - ostatni dzień w Pekinie i ostatnia kaczka po pekińsku. Już nawet nic nie mówiłam, kiedy Matylka łyżką zaczęła wyjadać sos śliwkowy. A co tam! ostatni raz w czasie tego pobytu.



Odebraliśmy bagaże z hotelu i chcieliśmy zamówić taksówkę, ale okazało się, że możemy to zrobić o ile jedziemy na lotnisko. W innym wypadku musimy wyjść na ulicę i jakąś sobie zawołać. To właśnie zrobiliśmy, czy raczej próbowaliśmy zrobić, bo nikt nie chciał się zatrzymać. Kiedy wreszcie ktoś przystanął i usłyszał, że chcemy na dworzec machał tylko ręką i jechał dalej. Robiło się późno, emocje rosły... W pewnym momencie zatrzymał się prywatny samochód i kierowca zapytał dokąd chcemy jechać. Ustaliliśmy kwotę na 40Rmb i wsiedliśmy, ale powiem szczerze, że "odrobinę" się denerwowałam, bo jednak obce miasto, ciemno, małe dziecko, nie wiem, czy jedziemy w dobrym kierunku. Jak tylko zobaczyłam dworzec kamień spadł mi z serca. Jeszcze tylko pokonać bramki, prześwietlenie i już jesteśmy w poczekalni - nasz pociąg podstawiony, więc jedziemy.

poniedziałek, 19 września 2011

08.09.2011 i znowu Pekin

Dzis mial byc ten dzien, kiedy to jedziemy na mur. Wyskoczylam z hotelu, zeby kupic ten sam drozdzowy placek, ktory nas wczoraj zachwycil (dokupilismy nawet do niego miodek) a dziadek mi daje 2 placki za 4Rmb. Pokazuje mu, ze chce 4, przeciez wczoraj u niego kupowalam placac 1 za 1. Dzis cena dla mnie wzrosla. Oż ty... Oddalam placki pokazujac, ze chce moje pieniadze. Przekazal mi je z taka zloscia, ze szybko odchodzilam czujac wielka gule w gardle. Nic to, moze pan mial gorszy dzien i probowal odreagowac. Znalazlam inna mete na te placki i biegiem do hotelu, bo tam przeciez czekaja. Wszystko dogadane, sniadanko kupione siedzimy w mini busie z wlasnym kierowca i przewodniczka gadajaca po angielsku. Od niej wlasnie slyszymy, ze oprocz miejsc, ktore sami chcielismy zobaczyc bedziemy musieli pojechac jeszcze do kilku muzeow i "fabryk" jedwabiu, pedzli itp. W pierwszej chwili myslalam, ze sie przeslyszalam, wiec poprosilam o powtorzenie. Niestety okazuje sie, ze wycieczka, za ktora placimy 2-3 razy wiecej, zeby oszczedzic czas to blef. Ostatecznie i tak chca nas wywiezc do miejsc, ktore nas nie interesuja. Delikatnie mowiac cos nas trafilo. Powiedzielismy, ze w takim razie wysiadamy, bo mamy inny pomysl na spedzenie dwunastu godzin. Liczylismy, ze zmienia zdanie, ale nie, wiec wysiedlismy. Wsciekli do granic mozliwosci. Przeciez wczoraj wszystko dogadalismy...
Ok, emocje w bok. Nie ma co marnować czasu, bo przecież zaraz wracamy. Idziemy obejrzeć Plac Tienanmen. Cały plac jest ogrodzony i trzeba przejść przez barierki z ochroniarzami, którzy prześwietlają bagaż. Nie ma jeszcze 9 a już dzikie tłumy.



Mauzoleum Mao omijamy dużym łukiem, bo nie mamy gdzie zostawić wszystkiego, co ze sobą wozimy a tam można wejść "na pusto" bez najmniejszej torebki, kamery, aparatu. Niczego. Dalej jest piękna brama miasta i stare zabudowania.
Idziemy do metra, bo czas zobaczyć Świątynie Nieba. Wchodząc na stację widzimy, jak ochroniarz szarpie kobietę zmuszając ją, aby poszła w inną stronę. No tak, bo przecież taka tu swoboda, że nawet drogi wyjścia ze stacji metra nie możesz obrać sam. Jeżeli są barierki to masz iść zgodnie z ich ułożeniem a nie korzystać ze szczeliny między nimi. Co z tego, ze nadrabisz kilkadziesiąt metrów, nikt o to nie dba i większość potulnie wykonuje polecenia ochrony/służb mundurowych. Podobną sytuację mieliśmy w autobusie i pociągu. W pierwszym kierowca chciał upchnąć wiecej pasażerów, wiec prawie dosłownie przerzucił staruszka na tylne siedzenie. Ten bez mrugnięcia dostosował się. W pociągu konduktor chciał iść nam na rękę i zamienił nasz bilet z jednym z pasażerów. Zwyczajnie nakazał zmianę miejsca tonem, który nie znosi sprzeciwu (zresztą facetowi pewnie to nawet do głowy nie przyszło). Nie znam chińskiego a mimo to mam pewność, że ani w jednym ani w drugim przypadku nie padło: "przepraszam, czy bylby pan tak uprzejmy i..."
Ale wracając do Świątyni. Zanim ją zobaczyliśmy musieliśmy przejść przez duuuuuży park. Nie było to proste, bo z każdej strony krzyczały do nas błagające o uwiecznienie sytuacje. Wiele tańczących grup, dziesiątki osób ćwiczących na różnych urządzeniach. Małe drużyny grające w chińską zośkę. Dzieciaki. Nie dało się przejść obok tego obojętnym. Duuuużo czasu tam spędziliśmy.





Potem zatraciliśmy się wybierając Matylce zabaweczki robione na szydełku (dokładnie takie jak robi Babcia Ania ;) ). Mamy więc włóczkową pandę, smoka, mamusie z córusią i jeszcze parę innych.
Oczywiście widzieliśmy też samą świątynię i ścianę echa i środek świata. Podobało się.


Po tylu godzinach przyszedł czas na jedzonko. Zaraz za bramą była wąska dróżka, wzdłuż której w barakach (a raczej przed nimi) mieszkali ludzie. Tam też znalazłam pana, który na świeżym powietrzu zagniatał ciasto i formował z niego makaron. Mistrzostwo świata! w ciągu minuty robił porcję (konkretną...) "spaghetti". Jego żona zamoczyła to na chwilę w bulionie razem z liściem pekińskiej i przelała do miski. Na wierzch odrobina wieprzowiny i... już jesteście w raju! Najlepsza zupa jaką jedliśmy w Chinach (podana w najbardziej obskurnym miejscu w jakim byliśmy) plus uśmiech kucharzy - bezcenne! No nie byłabym sobą, gdybym na tym poprzestała, wiec u chłopaczka obok zamówiłam coś. W wielkiej tortownicy miał płaty ugotowanego makaronu (obłędna konsystencja!), który pociął na szerokie pasy. Polał to mieszaniną sosu sojowego, rybnego, octu ryżowego i chilli. Do tego ogórek w słupki i kolendra i... ach... co ja Wam będę mówić... bajka! fantastyczna zimna przekąska!  Na koniec płatność: 11Rmb. Najtańsze i najlepsze jedzonko!







W drodze powrotnej zaczepili nas jacyś turyści pytając o drogę. Podpowiedzili, żeby pojechać na pchli targ, który był gdzieś w okolicy. Pojechaliśmy. Dziesiątki sprzedawców rozłożonych ze swoimi dobrami na ziemi. Miło, ale jakoś bez zachwytu.
Droga do hotelu była wyjątkowo długa. Niby był autobus, ale jednen przystanek, potem przesiadka, potem jeden, przesiadka... Szkoda, że zrezygnowaliśmy i poszliśmy na piechotę, bo zajęło to mnóstwo czasu. Odległości tutaj to jakaś masakra. Pokonujesz kolejne km i ciągle jesteś  w centrum miasta.
Na kolacje idziemy tam gdzie wczoraj. Ta zachwalana ryba za mną chodziła cały dzień. Trochę na nią czekaliśmy, ale jak już ją kelnerka podała, to aż zaniemówiliśmy. Potrawa wyglądała pięknie! Na całej długości korpusu coś jak stojące frytki. No bajka! Do tego sos słodko-kwaśny. Matyla zadowolona, bo ma frytki i rybę, ja też, ale jak zaczęłam analizować to jakoś tak mało tej ryby mi się wydawało. Dopiero po chwili dotarło do mnie co jem. Ryba w cieście. Wreszcie wiem jak powinna wyglądać ta potrawa. Zakładam, ze po usunięciu skóry z jednej strony nacina się rybę w małe romby, następnie zanurza w cieście i rzuca na gorący olej. Piękna sprawa! Za cały obiad złożony z ryby, sałatki ze szpinaku, alg i orzeszków, wieprzowiny na ostro (bardzo) i dwa piwka zapłacilismy 153Rmb



PS.
Byliśmy źli, że nas wyrolowali z tym murem natomiast nie przejmowaliśmy się tym, że muru nie zobaczymy. Wiem, nie świadczy to o nas najlepiej, ale jesteśmy tak pewni, że przylecimy do Chin ponownie, że traktujemy to jako odroczenie. Ubawiłam się, kiedy M na pytanie kiedy tu wracamy odpowiedział poważnie: raczej już nie w tym roku.
Musimy sobie tylko te Chiny podzielić jakoś rozsądnie...

niedziela, 18 września 2011

przerwa w blogowaniu

Zupełnie niezaplanowana przerwa spowodowana była moim przeziębieniem. Doszłam do siebie dopiero po powrocie do domu, chociaż pewnie te chińskie tabletki (w ilości 15szt dziennie) mocno mi w tym pomogły.

czwartek, 8 września 2011

07.09.2011 Pekin cd

Kolejny dzien w Pekinie i mam wrazenie, ze im dluzej tu jestesmy tym wiecej jest jeszcze do zobaczenia.
Dzien zaczelismy wcinajac pysznego drozdzowego placka smazonego na glebokim oleju (taki marokanski paczek) za cale 1Rmb za szt. do tego jogurt i sniadanie z glowy.




Idac w strone placu Tienanmen przeszlismy przez kolejny maly park. Spedzilismy w nim spooooro czasu podziwiajac tanczacych i cwiczacych mocno dojrzalych "nastolatkow". I znowu slyszelismy Tekle...




Chcielismy dac sie zlapac jakims naganiaczom, bo planujemy wykupic wycieczke na mur. Oprocz dziesiatek Chinczykow chcacych zrobic sobie fotke z nasza gwiazda nikt nas nie zaczepial. Trudno.
Dzis dzien bardziej zakupowy, chociaz na koniec dnia musialam przyznac, ze troche rozczarowujace sa te zakupy. Wybralismy sie metrem do carrefoura. Najpierw przyjemnosci dla corki: trampolina, karuzela itp a potem sklep. U nas sa dosyc obszerne, ale te tutaj porazaja wielkoscia i iloscia towarow. Polki doslownie uginaja sie od nadmiaru dobr. A dzial spozywczy to istna bajka! Miliony przypraw, dodatkow, polproduktow do tego fantastyczne (niedostepne u nas) warzywa. Teraz czas na garmazerke - ciezko bedzie stad wyjsc... I co najciekawsze we wszystkich tych miejscach stoja sprzedawcy i zachwalaja co tam maja pod reka. Jedni krzycza inni uzywaja megafonu normalnie jak przekupki na targu. Przemyslowy nie rozni sie zbytnio od naszego poza tym, ze jest znacznie wiecej wszystkigo i ciasniejsze alejki.
Zupelnie inaczej niz u nas wygladaja natomiast sklepowe toalety. Szlam naiwnie sadzac, ze w sklepie to takie miejsce wygląda przyzwoicie. Nic bardziej mylnego. Takiego syfu nigdzie indziej nie widzialam. Do lazienki szlo sie po podlodze wylozonej kartonami. Dalej bylo juz tylko gorzej. Podobno w meskiej te kartony sluzyly do oddawania na nie moczu... Chcac byc uczciwa musze jednak powiedziec, ze generalnie toalety wygladaja bardzo dobrze. Nie posiadaja typowych u nas kibelkow tylko korzysta sie z takich z dziura w podlodze (to rozwiazanie moglibysmy zapozyczyc). Wychodzac z domu nie ma sie co stresowac, bo miejskie szalety sa co krok czyściutkie i pachnace. Serio! Do tego pani ustepowa, ktora dba o porzadek, ale od korzystajacych oplaty nie pobiera.
Dobra, ale nie o tym powinno sie chyba pisac.
Wracalismy do hotelu dziwnie dlugo metrem i na piechote, ale udalo sie. Po drodze zaczepili nas jacyś Amerykanie pytajac jak daleko jest do glownej stacji kolejowej. Troche nas to zdziwiło, bo oczu skośnych nie mamy, żółtej skóry też nie a mimo to komuś się wydaje, że powinniśmy to wiedzieć. Uznali, że musimy tu mieszkać, skoro jesteśmy z małym dzieckiem. (Bo kto przy zdrowych zmysłach ciągnie biedactwo tak daleko ;)  ). Uśmialiśmy się wszyscy szczerze, ale ostatecznie M pokazał gdzie mają iść (ach ta technologia...).
Obiecalismy Matylce kaczke, bo bardzo sie o nią dopominała. Ona chciała iść do "naszej starej restauracji" a ja wręcz przeciwnie ;). Zaczęliśmy szukać. W pierwszym miejscu ceny zwalily nas z nog (chociaz tlumy sie nimi nie stresowaly) kolejne bylo zbyt puste jak na ta pore, w ostatnim zostalismy.
Przesympatyczna obsluga. Kelnerka zachwalala rybe, ale Matylka byla twarda. Dostala swoja kaczuche. Wiedzielismy jak ja jesc (chociaz dopiero tym razem dowiedzielismy sie, ze te fragmenty skory/tluszczu bez miesa nalezy obtaczac w cukrze i tak przekaszac). Mati zaczela od nakladania skladnikow na nalesnika dwoma paleczkami a skonczyla wykorzystujac dziesiec paleczek-paluszkow, bo jednak nie ma jak zwinne raczki. Zanim jednak mogla sie wykazac kelnerka sama jej przygotowywala zawijaski, nalewala zupy (z kaczych kosci), karmila ta zupa a na koniec wycierala buzie. Przez moment pomyslalam, ze za chwile zacznie za nia przezuwac. Do tego co chwila ktos nowy pojawial sie przy naszym stoliku, zeby poogladac to male, biale dziecko. I zdjecia robili "ukradkiem". Coz... Takie jest zycie gwiazdy...
Jezeli chodzi o konkrety, to zabawa z kaczka (w tym dwa piwa) kosztowala nas 158Rmb.
Wracajac zostalismy schwytani przez naganiacza i dogadalismy sie odnosnie wynajecia samochodu i przejazdu na mur i do letniego palacu. Hurrra!
Ps
Szukajac knajpki M razem z Mati wchodzili do srodka a ja zostawalam z wozkiem na zewnatrz. Z jednej z nich Matylka wyskakuje wolajac: mamusiu, mamusiu a wiesz co? Tak? Dzisiaj bedziemy jesc chinskie jedzonko na kolacje! Hmmm...

środa, 7 września 2011

06.09.2011 Kolejny dzien w Pekinie

Obudzilam sie dzisiaj z bolem gardla przeklinajac bezglosnie klimatyzacje. Matylka sie obudzila mowiac, ze snil jej sie Milek (kolega z przedszkola, ktorego widziala raptem raz a juz ma konkretne plany wzgledem jego osoby...). Chyba czas poznac rodzicow Milka ;)
Za to M troszke od wczoraj marudzi, ze go nogi bola. Hmmm... za tydzien bedzie odpoczywal teraz idziemy. Bez sniadania, bo brzuchy pelne po wczorajszej kolacji.
Zaczynamy od Zhongshan Park (3Rmb/os) "malenki", prawie pusty. Wita nas wszystkimi kolorami teczy, bo kawalek za brama trafiamy na kobitki, takie 50+, ktore tancza z szarfami do tradycyjnej muzyki. Przepiekny i relaksujacy widok.


Dalej grupa cwiczaca tai chi. Gdzies z oddali dochodzi muzyka. Im blizej tym...gorzej. Pamietacie Tekle z pszczolki Mai? No, to takie dzwieki uslyszec mozna w kazdym parku czasami w towarzystwie wokalu. Powiem tak: nawet ja slyszalam, ze ktos sie dopiero uczy, ale mimo wszystko dzieki tym dzwiekom park zyje. Czuje sie, ze jest dla ludzi a oni korzystaja ze swobody jaka daje. Juz widze, jak ktos u nas wyciaga skrzypce/gitare i cwiczy w parku... eeee mam wybujala wyobraznie.
 W tym parku znalezlismy wreszcie pierwsze miejsce przeznaczone w 100% dla dzieci. Matylka wreszcie mogla sobie poszalec na prawdziwym placu zabaw! Cena 20Rmb pewnie odstraszala, bo w srodku byl tylko jeden chlopiec. Chinczyk i Polka bez problemu sie dogadywali. Co chwila slyszalam jak Mloda wola "chlopczyku jestem tu/ na gorze/na dole" a on po swojemu cos.




Wyszlismy, po drodze jogurcik ten co wczoraj tylko za trojaka. Postoj przy sklepie wystarczyl, zeby podejrzec, ze okienko obok z napisem po chinsku to nie toaleta, tylko mikro jadlodajnia, czy raczej kuchnia. Podszedl chlopaczek cos powiedzial i dostal siateczke z czyms pachnacym. Niewiele myslac podskoczylam i pokazalam, ze chce to samo (najlepiej za tyle samo, bo widzialam, ze dal dyche i dostal reszte). Pani usmazyla nalesnika bez tluszczu, na wierzchu rozsmarowala jajo. Przewrocila i posmarowala dwoma sosami posypala obficie szczypiorem, koledra, czarnym sezamem i jeszcze polozyla wielki kawal jakiegos chrupiacego ciasta. To wszystko zawiniete w piekna paczuszke za cale 4Rmb(!). Pyszka!



Kolejny na naszej trasie jest park Jingshan. Piekny, spokojny, pusty z trzema pagodami na szczycie (dwie w remoncie, tylko robotnikow brak). Najwyzszy punkt w miescie, wiec i fantastyczny widok sie z niego roztacza. Aby wejsc na sam szczyt trzeba pokonac "kilka" schodkow. Co to dla mnie! (M z Matysia i wozkiem zostali na dole) Przyznam jednak, ze przez chwile zwatpilam w swoje mozliwosci, ale idace obok mnie 60siatki spowodowaly, ze zapomnialam o zadyszce i wchodzilam dalej. No sorki, ale przeciez im nie pokaze, ze maja lepsza kondycje ode mnie (a maja).
Dopiero z gory widac jak rozlegle jest zakazane miasto i jak wielkie byloby stare miasto gdyby nie wyburzali hutongow. Na dole Matylka bawila sie na "placu zabaw". Trzy (slownie:trzy) metalowe drabinki w ksztalcie zwierzatek byly chyba wieksza atrakcja czy wsparciem dla pana w wieku 60+, ktory przyszedl tu pocwiczyc. Skubaniec jeden robil to jak dwudziestolatek!



Kolej na podobno najstarszy park na swiecie - Beihai Park (40Rmb/os).
Ojojoj od czego tu zaczac? Potezny, ogromny, ale o tym sie wie zazwyczaj dopiero po wyjsciu. W srodku sa swiatynie, wielkie jezioro, gdzie mozna wynajac sobie lodke/rower wodny, sklepy, restauracje, kawiarnie i setki schodow.
Wierzcie mi, ze chodzac po tych parkach nie czuje sie tego, ze czlowiek jest w miescie. I mozna tam spedzic dziesiatki godzin co chwila odnajdujac cos nowego.








Po wyjsciu poszlismy w prawie dobrym kierunku i na moje szczescie trafilismy na sklepy z wyposazeniem dla gastronomii. Mam wiec 3 nowe walki i wykrawaczki i lopate. Jestem zachwycona!
Widzielismy tez wieze dzwonow i zrobil sie wieczor a my dalej szlismy przed siebie az natrafilam na sklep. Troche inny niz wszystkie. Mala klitka, sterty ciuchow, butow wszystko wielkich marek. Az mi sie oczy smialy! I nikt mi nie wmowi, ze to byly podroby. Juz prawie cos kupilam, ale niestety w wiekszosci byla to tylko jedna sztuka danego rozmaru, wiec musialam przyjac do wiadomosci, ze xxs i xs to nie moj rozmiar (wiem, wiem "s" tez nie, a Chinki zazwyczaj mniej niz "s" nosza). Chociaz jak juz byl rozmiar to nie moglam przelknac ceny. Po raz kolejny zobaczylam tez rzeczy "made in italy" na azjatyckich polkach zaraz po wyjsciu z tutejszych fabryk. Dodam tylko, ze z pustymi rekami nie wyszlam...
Powrot autobusem, bo maz tak zaordynowal. Bylam w szoku jak dlugo wracalismy! Dobrych kilkanascie (kilkadziesiat?) kilometrow zrobilismy. Niby norma, ale zazwyczaj na naszych wyjazdach jest gdzies czas na odpoczynek. Tutaj nie ma o tym mowy. Rownie dobrze mozna przyjechac na dwa tygodnie do Pekinu i bedzie co ogladac, gwarantuje!
Kolacja we wczorajszej knajpie ( chociaz dziecko dopomina sie o kaczke). Mamy baklazana, smazone tofu (nie ma nic wspolnego z tym u nas), wieprzowine z marchwia i papryka na slodko, oczywiscie trzy ryze i dwa piwa i wychodzi 85Rmb.
Koniec, bo juz jest jutro ;)

05.09.2011 Beijing

O 8:13 dojechalismy do Pekinu. O 10:03 siedzielismy w taksowce do hotelu. Przez te dwie godziny stalismy w dwoch kolejkach: po bilety i do taksowki. Udalo nam sie kupic bilety do Shanghaju na 09.09, ale zostaly tylko soft sleepery, wiec kosztowalo nas to 1236Rmb wrrrrr!
Potem taxi - kolejka po horyzont oferuja mini busy, ale nawet Chinczycy z nich nie korzystaja. Stoimy "grzecznie" chociaz mam ochote kopac i gryzc, kiedy obserwuje jak do tej mega dlugiej kolejki po cichutku, boczkiem dolacza kolejna osoba.



Wreszcie nadejszla wiekopomna chwila i nam tez udalo sie usiasc w samochodzie i nawet dojechac do wybranego hotelu (zaraz za murami zakazanego miasta). Znalezlismy na agodzie cos, co akurat bylo w promocji i chcielismy zarezerwowac, ale ipad odmowil wspolpracy. Na miejscu pani nam powiedziala, ze da nam pokoj za 380rmb. Fajnie, fajnie, ale my wiemy, ze przez agode zaplacimy 180Rmb i taka cene poprosimy. Ok,ok i slyszymy, ze 280, no dobra to rezerwujemy siedzac u niej na recepcji. Chyba doszla do wniosku, ze i tak z nami nie wygra, wiec dala nam pokoj w cenie jakiej oczekiwalismy (dobrze, ze nie wiedziala, ze mielismy problem z rezerwacja). Hotel oferowal tez wynajem rowerow po 25Rmb, ale nie mieli krzeselek dla dzieci :(
Czas na wyjscie w miasto. Mijamy wejscie do Zakazanego Miasta i plac Tienanmen, bo przeciez cala gotowe wymienilismy na bilety (wrrr). ATM na stacji metra i mozemy wracac. Zeby bylo chociaz troche chlodniej. Jest pewnie ze 30st. Generalnie pogoda, pomijajac deszcz w Xian, nam dopisuje i caly czas mamy upalne lato.
Wchodzimy do Zakazanego Miasta (60Rmb za osobe) i... no wlasnie co? Jak powiem, ze jestesmy zachwyceni to zabrzmi to banalnie, aczkolwiek jestesmy. Budynki z XVw (wiem, wiem odbudowywane) ale sa tak dekoracyjnie i tak inne od naszych i ta fantastyczna symetria. Wszystko ma swoje miejsce i przeznaczenie. Troche tak, jakby kazda czynnpsc wykonywana przez cesarza wymagala osobnego budynku, albo chociaz pomieszczenia. Do tego pieknie zaaranzowane ogrody. Drzewa, kamienie (ale jakie!) i woda - czego chciec wiecej?  Calosc utrzymana w rewelacyjnym stanie zwyczajnie rzuca na kolana. (Wkurza tylko pan, ktory o 16:55. (czynne do 17) wygania ostatnich maruderow.) Mielismy farta, bo wchodzilismy tam po poludniu i nie bylo az tak wielu turystow mozna sie bylo delektowac widokami. (Teraz patrzac na pustki w hotelech i restauracjach jest chyba najlepszy czas na odwiedznie Chin.)






Wyszlismy i poszlismy w strone night market'u. Ze niby tam mozna zakosztowac przysmakow calych Chin nie wyjezdzajac z Pekinu. Taaaa... tlumy bialasow piszczacych na widok cykad, skorpionow i konikow morskich na patyku. Nie powiem, skusilismy sie na pierozki, bo byl czas na male co nieco, ale ucieklismy szybko, bo jedzenie drogie i do bani. Doszlismy do ulicy wielkich marek (Zuzek tu jest GAP!), odrobina windows shopping (o samych zakupach bedzie pozniej, krotko) i dalej w uliczke z lampionami i milionem straganow. Wszystko pod turystow, ale za to klimatycznie, bo juz ciemno i te czerwone lampiony...
Kupilismy 4 jablka (10Rmb) na straganie a wczesniej bylismy w spozywczaku. Taka alma. Na polce z sokami m.in. gruszkowy, pomidorowy, sliwkowy - wszystko z Fortuny za "jedyne" 55Rmb.
 Po drodze do hotelu naganiacze zapraszaja do swoich knajpek (czasami spelunek) i podaja menu w jezyku angielskim. Super! Ale ceny tez super, idziemy dalej. Zaczepia nas pani, ktora widziala jak opuszczlismy poprzednia knajpe. Mowi, ze ma menu po angielsku, ale da nam ceny z chinskiego. No, tak to mozemy rozmawiac. Bierzemy baklazana, ogorka z chili, szpinak z czosnkiem i wolowine na zimno. Do tego trzy porcje ryzu (bo nasz maluszek potrafi zjesc) i dwa piwka. Zamykamy sie w 74Rmb. Przyzwoicie bardzo i smacznie na tyle, ze planujemu powrot. Jestesmy pare krokow od hotelu, ale jeszcze maly jogurt przed spaniem kupiony od przesympatycznej pani z malenstwem na rekach (dokladnie wypytala o moje plany na przyszlosc). Daje te 10Rmb, bo Matylka nalega, rozmowa mila i pozno juz. Odchodze slyszac za plecami odglosy tanca radosci i schodze na ziemie, bo juz wiem, ze dalam sie wyrolowac. Nic to, jutro bede madrzejsza! (Ten jogurt, tradycyjnie przygotowywany, w cermicznych naczyniach wielokrotnego uzytku kosztuje 3Rmb. Pyszny jest i nie przypomina danonkow...)
Mialam jeszcze napisac o samych zakupach. Nie napisze wiele - mam nadzieje, ze te jeszcze przed nami. Poki co ceny przyprawiaja o zawrot glowy. Az mam ochote sie tu przeprowadzic - musza niezle zarabiac skoro stac ich na takie wydatki. Sa tez miejsca, gdzie jest znacznie taniej, ale sa to rzeczy, ktorych, no coz.. nie znam nikogo kto chcialby kupic taka tandete.
Ps.
Matylka spiewala dzisiaj piosenki rybkom w Zakazanym Miescie. Mamo a mam ci powiedziec dlaczego tak cicho spiewam ( wcale nie bylo cicho)? Bo nie chce, zeby sie rybki przestraszyly tej strasznej piosenki "stary niedzwiedz mocno spi".

niedziela, 4 września 2011

04.09.2011 Xian i terakotowa armia

Jak zwykle mielismy wstac rano, ale pojawilo sie kolejne ale w postaci intensywnego deszczu. Dostalismy zatem godzinke snu extra. Spakowalismy sie i wymeldowalismy juz o 9:00. Zostawilismy jednak w hotelu nasz bagaz i wozek. Male sniadanko - tym razem byly to pampuchy z miesno-warzywnym nadzieniem (10Rmb za 12szt). Smacznie, ale wyjatkowo zapuszczone miejsce i niedomyte miseczki. Jeszcze kawalek drozdzowego nalesnika (3Rmb) na droge i ruszamy. To znaczy ruszamy szukac miejsca, z ktorego odchodza publiczne autobusy nr 306 lub 915 jadace do terakotowej armii. Znalezlismy, stanowisko opisane 306 i pania, ktora wypisywala bilety, ale sie upierala, ze to nie te i nie chciala nam sprzedac. W tym samym czasie jej kolezka namawial nas na wykupienie wycieczki jego super limuzyna. Nie chcielismy, on ze szukane autobusy juz nie kursuja albo jada bardzo dlugo. Jednoczesnie babka macha nam przed nosem rekami cos wykrzykujac. W koncu kolega uprzejmie tlumaczy, ze skoro nie chcemy to mamy sobie isc. Odchodzimy. Krecimy sie wokol stacji kolejowej, bo wiemy ze to wlasciwa okolica. Podchodzi kolejna osoba proponujac samochod, mowimy ze chcemy publiczny autobus i tym razem dostajemy wskazowke gdzie isc. Jeszcze tylko trzeba przejsc przez tlum naganiaczy z prywatnych busow (jada kilka razy dluzej, bo po drodze trzeba jeszcze wiele sklepow odwiedzic) i wreszcie mamy swoj wymarzony 306. Gdyby ktos potrzebowal to wystarczy zaraz po wyjsciu ze stacji skrecic w lewo i isc wzdluz budynku tak dlugo, az sie dojdzie do zajezdni autobusowej. Koszt przejazdu to 7Rmb za glowe w jedna strone. Mozemy wiec uznac, ze zaoszczedzilismy, bo oferty na samochod zaczynaly sie od 250Rmb na glowe. Na co by tu wydac te oszczednosci?  :)
Po godzinie jestesmy na miejscu. Pierwsze stragany, wszedzie ogromne ilosci granatow i pierwsza przekaska w postaci buleczki faszerowanej warzywami z miesem (6Rmb).



Kupujemy wejsciowki po 110Rmb za osobe i bilety na melexy, co by nasza ksiezniczka sie nie zmeczyla (no co? kazdy pretekst dobry) i po chwili jestesmy przed pierwsza hala z wykopaliskami. Idziemy pod prad, bo zaczynamy od ostatniej na koniec zostawiajac najwieksza. Nie do konca wiem co napisac nt samej armii, bo o ile gory zachwycaly, pierogi smakowaly to tu mam problem, zeby powiedziec co czuje. Najlepiej, zeby kazdy wyrobil sobie wlasne zdanie. Ja pierwszy raz widzialam terakotowych zolnierzy, kiedy przyjechali z "wizyta" do Polski. Byl film, byly figury i wbrew pozorom byl klimat (a moze to towarzystwo go tworzylo, co Madzik?). Przyjechalam tu ogladalam no i ok, jestem pod wrazeniem rozmachu i fantazji. Nie przeszlo mi natomiast przez mysl, ze chce to kiedys jeszcze raz zobaczyc. Matylka za to byla zachwycona miedzy innymi sposobem wykonania zbroi. Ogladala dokladnie miecze. Potem zapytala mnie czy wiem dlaczego chlopaki maja te miecze. Okazalo sie, ze po to, aby bronic "dziewcynek" przed zlymi wilkami. No i nie wpadlabym na to ;)




Wracamy, Matylka spi, bo to jej pora. Ja ogladam okolice i wpada mi w oko ciag sklepow z butami. Super, ale nie zdarzylismy wysiasc. Dojezdzamy wiec do stacji kolejowej i wracamy w tamto miejsce, bo to blisko bardzo. Chcemy podjechac innym autobusem pytam dziewczyny czy autobus z tego przystanku jedzie prosto(jeden przystanek, jeden autobus, na dokladke pokazuje wszystko na migi) i w odpowiedzi slysze "yes". Jak milo, ze ktos bez problemu mnie rozumie. Wsiadamy jedziemy i oczywiscie zaraz skrecamy. Super! Wysiadamy dalej na piechotke. Docieramy na miejsce a tam oprocz butow miliardy innych rzeczy. Gigantyczna baza zaopatrzeniowa. Super, tylko... za duzo tego. Nie wiadomo na co patrzec. No i znowu oszczedzamy, bo z tego wszystkiego kupujemy tylko kilka paczusiow (dziwne, zolte, ciagnace sie ciasto, ale jednak smaczne). Wracamy autobusem, ktory prawie dojezdza do stacji. To prawie ma znaczenie, kiedy leje deszcz... Na szczescie trafia sie riksza. Teraz czas na obiad, bo przeciez o 19 mamy pociag. Znajdujemy miejsce, gdzie na scianie sa zdjecia potraw. Wybieramy trzy, wszystkie z ryzem. Dziewczyna cos nam mowi, my cos jej odpowiadamy i tak w kolko. Inni zaczynaja sie usmiechac w koncu M sie dogaduje (coraz lepiej, chyba ma to w genach) - nie ma ryzu. Reakcja reszty obslugi jest jednak tak dziwna, ze mamy pewnosc, ze laska nas robi w konia (zwlaszcza, ze na talerzach klientow jest ryz, zreszta knajpa w Chinach bez ryzu? Litosci...). Wychodzimy.
Idziemy obok. Wyjatkowo schludne miejsce, bardzo mloda obsluga. Dziewczyna mowi cos po angielsku. Daje nam menu - tylko krzaczki, ale pomaga cos wybrac. Rece jej sie trzesa, kiedy przerzuca strony. Ostatecznie bierzemy bok choy, kapuste pekinska na kwasno z chili i jajo z pomidorem (nie mylic z jajecznica!). Do tego ulubiona zupe kelnerki (delikatny bulion z algami, jajem i zielenina) serwowana w gigantycznej misce. Alez to wszystko bylo pyszne!!! Az mialam ochote temtej ... podziekowac za takie potraktowanie. I ewidentnie przysporzylismy mlodym klientow, bo nagle wszyscy zapragneli tam zjesc... wpatrujac sie w mala blond glowke.



Czas odebrac bagaze i na dworzec. A tu kolejka juz do pierwszych bramek, potem do przeswietlenia. Po wejsciu na gore okazuje sie, ze pociag juz podstawiony, wiec idziemy dalej z setkami innych podroznych na odpowiednia platforme. Nie pisalam chyba o tym, ze dworce w Chinach bardziej przypominaja terminale lotnicze niz nasze dworce. Sa przeogromne a same sklady baaaardzo dlugie ale co z tego, skoro i tak jest problem z biletami?
Ok. Dzis spimy jak paniska! Soft sleeper czyli wagon podzielony na przedzialy po 4 lozka w kazdym. Mamy te gorne, ale nic nam to nie przeszkadza. Sa szersze niz hard sleepery. Jest swiezutka posciel, regulacja klimy, lampka i telewizor dla kazdego lozka do tego pikne firaneczki - luksusy, panie. Tak jeszcze wspomne tv - dziala tylko u mnie i to w taki sposob, ze obraz jest wywrocony do gory nogami (w zadnym stopniu nie przeszkadzalo mi to w ogladaniu chinskich krzaczkow, ale juz sama historia postawiona na glowie byla irytujaca).
Jedziemy 13 godzin, wiec czeka nas budzenie o 7:00, bo 8 w Pekinie.
PS.
Dziewczyna siedzaca przede mna w autobusie na plecach miala napis "to travel is to live"...

03.09.2011 Xian

Jedziemy sobie pociagiem do Xian. Mamy hard sleepery (nie wiem, czy pisalam, ale to miejsca lezace w takim otwartym wagonie i po trzy w pionie) tym razem srodkowe, wiec Matysia zachwycona i co chwila szuka pretekstu, zeby schodzic i wchodzic po drabince. Poniewaz podroz dluga to zaopatrzylismy sie w tzw chinskie zupki. Te tutaj smakuja jednak zupelnie inaczej - bardzo smaczne sa, bez tego posmaku sztucznosci.
O 13:30 dojezdzamy. Sprawdzamy, czy moze tutaj uda nam sie kupic bilety do Pingyao na dzisiaj badz jutro, ale niestety. Trudno kupujemy wiec to co jest czyli soft sleepry w pociagu T do Pekinu. To prawie szczyt rozrzutnosci, ale nie mamy wyboru, wiec placimy 860(!) Rmb za dwa i wychodzimy.
Idziemy przed siebie myslac o hotelu i pojawia sie chlopak, ktory zaprasza do obejrzenia "jego" hostelu. Okazuje sie, ze to calkiem niezly pokoik i super lokalizacja. Targujemy sie chwile i staje na 160Rmb za pokoj, bo przeciez ma goraca wode przez 24h na dobe ;)
Chlopak probuje nas przekonac do wykupienia wycieczki jego luksusowym autem, ale upieramy sie, ze sami sobie ta armie za ulamek tej kwoty zrobimy.
Idziemy szukac muzulmanskiej dzielnicy. Cos nam sie tylko kierunki pokielbasily i mamy pare kilometrow wiecej do zrobienia. Trudno. Po drodze mijamy dziesiatki jadlodajni az w koncu w jednej przystajemy. Palcem pokazuje co chce jesc obserwujac jednoczesnie czy chlopakowi, ktory wlasnie naklada porcje komus innemu spadnie wreszcie ten popiol z papierosa. Nie spadl. Siadamy w kacie (co nie oznacza, ze niezauwazeni, bo nawet spiaca Matylka robi wrazenie). Maz poliglota domawia zupe (ten skubaniec coraz lepiej sobie radzi z jezykiem ;)  ). Panowie obok nas koncza, wiec czas na papierosa jeszcze tylko niestety widze jak soczyscie potrafi pan splunac i sie wylaczam. Dodatkowo wzielismy jedno piwo w kuflu, zimne pyyyyszne i polowa wystarczyla, zeby sie w glowie zakrecilo. Milo, chociaz wokol dalej pluja, a maz glosno zasysa makaron. W nosie - tez tak potrafie i dzieki temu nie czekam az wystygnie ;) Na koniec fotki. Pan plujacy prosi, zeby i jemu zrobic. Piekna poza jak z reklamy Marlboro...


Wychodzimy zostawiajac 37Rmb i idziemy dalej. Znajdujemy to czego szukalismy i na szczescie nie czujemy rozczarowania. Jak by tak pozamykac wszystkie te tandetne sklepiki to zostaloby piekne, w miare spokojne miejsce z charakterystyczna dla Chin zabudowa. Sprzedawcy maja tu troche inne rysy twarzy, nosza nakrycia glowy i co jakis czas slychac wezwanie do modlitwy. Dziwna, ale bardzo ciekawa mieszanka. Koniec koncow ciesze sie, ze zostajemy tu do jutra. Jadac pociagiem widzialam przez okno kolejne betonowe miasto, chyba najmniej zachecajace do odwiedzenia z tych, widzianych dotychczas. Juz sie balam, ze tego przykrego wrazenia nie da sie zamazac a tu prosze jaka niespodzianka!




Sprawdzilismy tez pare cen. I tak dla przykladu bawelniana bluzka z dlugim rekawe do kupienia za 60Rmb (cena wyjsciowa 380), pasek D&G  za 20Rmb (wyjciowa 180Rmb). Nic nie kupilismy, bo jakos nam weny brak a w tym upale tez nie chcemy dodawac do plecaka kolejnych kilogramow.
Zdarzylismy juz spalic poprzedni posilek, wiec czas na kolejny. Tym razem bedzie wiecej zabawy, bo siadamy przy stoliku na ktorym jest plyta grzejna i zamawiamy sobie skladniki kolacji, ktore potem sami smazymy. Mamy wiec krewetki, wolowine, dwa rodzaje salat, ziemniaki do tego przyprawy z przewaga kuminu. Jest pysznie a do tego okazuje sie, ze dzisiaj mamy rocznice! Troszke o tym zapomnialam ;) za super kolacje na swiezym powietrzu placimy 54 Rmb



Wracamy. Taksowka nie chce nas zabrac, ale udaje nam sie dogadac z kierowca tuk-tuka. Chcial 25, ale jedziemy za 15Rmb.